Już dziś widzę to płócienko inaczej może „kotwicę” dla mojej pracy.
Katarzynie Skansberg poświęcam
Czerwiec 1983 roku to czas, kiedy Józef Czapski jest przejęty tym, że jego oczy gasną. Malarz w dzienniku notuje, że ślepnie. Od wielu lat bał się tej chwili. Do czytania już używa lupy. Często nie potrafi odczytać to, co napisał w dzienniku.
„A z oczami mam coś dziwnego. To zdaje mi się, że nie widzę ściśle, że żółć i biel są mi za podobne, że szarość i szarość niebieska to to samo, i wtedy uczucie kończyć, kończyć, ale znowu w inne godziny innego dnia widzę jak zawsze” – pisał do Wojciecha Karpińskiego.
By zdiagnozować ten stan, umówił się z okulistą. Na wewnętrznej okładce dziennika zapisał informację, z której wynika, że 27 czerwca o godz. 12 umówił się z dr Alexandre Lebuisson. Na kolejną kontrolę umówił się 8 lipca, w Paryżu.
Morandowska wizja. Przeżycie pierwotne
Na konsultację lekarską musiał udać się do amerykańskiego szpitala . Czekał w poczekalni ponad godzinę. Siedząc na twardym krześle, z flamastrem w ręku i szkicownikiem, obserwował ludzi. I rysował, bez lupy, z zapałem i jak odnotował z „przeżyciem pierwotnym”, które dało mu nadzieję. Wkleił potem do dziennika te rysunki .
Na jednym: mężczyzna czytający gazetę obok niego kobieta, na drugim: dwie kobiety siedzące sztywno na krzesłach, patrzą przed siebie. Nieruchome, jak osoby, które każdy z nas widzi, gdy czeka na wezwanie do gabinetu. Na kolejnym szkicu dwoje drzwi, a obok nich kobieta. Był jeszcze jeden rysunek w dzienniku, ale zapewne rok później, musiał go odkleić i w tym miejscu napisał, że przekleił do dziennika sierpniowego (1984). Tam jednak go obecnie nie ma. Te rysunki. Niby nic. Banalne kadry, nudny widok. Szara codzienność: ludzie w poczekalni.
A jednak …
Czapski, artysta widzi i przeżywa to inaczej. Może słabnący wzrok (paradoksalnie) mu w tym patrzeniu pomaga. Widok kolorów ściany, konturów i ludzi na jej tle… Kolory ubrań, twarzy. Drzwi. Notuje następnego dnia, 28 czerwca, w dzienniku:
„Szpital amerykański. Przez blisko godzinę w szpitalu amerykańskim. Korytarze, poczekalnia. Piaskowe tło ściany…] prawie białe […] i na [krzesłach] szaro-pomarańczowych 2 osoby siedzące: jedna stara, szara; druga młoda w czerwonej sukni. Ależ to jedno, co tam widziałem z prawdziwie szczerym zachwytem, wystarczy może na tygodnie pracy z przeżyciem pierwotnym”.
To „przeżycie pierwotne” będzie chciał ocalić w sobie, przez kolejne dni; najpierw przez pracę na rysunkach poprzez – jak to nazywa – ich „akwarelowanie”, ale też zapisując te chwile słowami:
„Wizyty w szpitalu amerykańskim, gdzie przeżyłem znowu czyste widzenie piękności (drzwi z czarnym kawałkiem postaci) w […] wizji Morandowskiej. I już wiedziałem, że na tej drodze mogę znowu coś przeżyć i robić; jakby naprawdę, jakby więcej; już to co dotychczas próbowałem wyrazić”.
Giorgio Morandi. Włoski malarz. Mistrz, do którego wciąż powraca, szczególnie teraz, gdy oczy gasną, gdy ogarnia go samotność starca (ma już 87 lat), zniechęcenie, czasem – jak zapisuje – niemoc i depresja (może raczej apatia), kiedy mnożą się pytania: „po co żyć?”, gdy głowa i ciało nie chce poderwać się do pracy.
Morandi, jego malarstwo, ratuje go w czasie, gdy medycyna nie może Czapskiemu pomóc, co wprost zapisał w dzienniku: „Dzień wczorajszy. Amerykański szpital, żadnych dla mnie widoków (la zez)”.
Ucieczka do Sailly
Po powrocie od lekarza czuł pustkę, zapadał się w sobie. Te ostatnie dni go wykończyły psychicznie. Miał „chryję z Janiną Gąskiewicz”.
„(…) prawie ją znienawidziłem, przypomniała mi jak żywego mego nauczyciela [Wacława Iwanowskiego – przypis ES], który ordynarnymi, namiętnymi scenami naprawdę zniszczył mi pierwszą młodość (z powodu mego naturalnego odruchu tchórzostwa)” .
Co to była za „chryja”? Może to było wtedy, gdy Józef Czapski zaprosił do siebie Katarzynę Skansberg. Rozmawiali o wieczorze w Teatrze Narodowym Chaillot, ona czytała mu wiersze Vizmy Belševicy, które przetłumaczyła na francuski.
Katarzyna Skansberg wspominała:
„Nastała pora obiadu i wtedy Janina próbowała mnie wyprosić, by „Józio mógł spokojnie zjeść”. Wtedy poprosił ją grzecznie o podanie obiadu także dla mnie. To nie spodobało się gospodyni i zrobiła przy mnie nieprzyjemną scenę Józefowi Czapskiemu. Do tego stopnia, że on się zdenerwował, że jak nigdy dotąd uderzył ręką w stół i powiedział, że „to z jego pieniędzy przecież Janina gotuje”. Obiad zjedliśmy, ale atmosfera tej sceny w nas została. Nigdy nie widziałam Józia tak zdenerwowanego. Wspominał, gdy jedliśmy, że Janina jest jak Iwanowski, nie bardzo wiedziałam wówczas o kim mówił. Nie śmiałam pytać” .
Janina Gąskiewicz wyjeżdżała do Polski a Józef Czapski już wcześniej planował wyjazd na dwa miesiące wakacyjne do Sailly, do hoteliku- pensjonatu Tuty Niemojowskiej. To miejsce, gdzie ostatni raz spotkał się z Jarosławem Iwaszkiewiczem.
28 czerwca 1983 roku po przebudzeniu, gdy za oknem był świt, zapisał:„ Czy potrafię tam w Sailly zorganizować sobie życie; od dziś znowu takie małe królestwo; notatki wczorajsze odkleić i zakolorować. […] Naraz ranek, prawie rozpacz, z czego? […] Wyjeżdżam nie pożegnawszy się z Kasią”.
Zanotował pośpiesznie, co ma zrobić:
„List do Kasi, list do Zygmunta wysłać”.
Przed wyjazdem do Sailly jeszcze odwiedzają go Jacek i Maja Woźniakowscy. Przyjechał także Richard Aeschlimann (jego marszand), żeby zabrać płótna do swojej galerii Plexus w Chexbres na zaplanowaną na wrzesień wystawę Czapskiego. W piątek u Pallotynów z odczytem będzie Miłosz. „Już mnie nie będzie” – zapisał.
Sprawdza, jakie ma kolory farb, które może zabrać do Sailly i zapisuje, dyscyplinując się:
„Jedyny ratunek to czepiać się planów, amerykańskiego szpitala, wziąć jednego Morandiego, zapas ołówków, moje „oczy” [lupę – ES] i książkę Wojtka (…) pisać mniej o sobie, nie jęczeć ” .
Czwartek, 1 lipca 1983, pierwszy dzień w Sailly
Jak zwykle, dzień rozpoczyna od zapisania swoich myśli w dzienniku:
„Jak coraz to zawsze u mnie było zaczynać życie od początku, to znaczy od dziś wszystko do pracy przygotować, wszystkie braki skonstatować i nie oglądając się, czy ci smakuje czy nie smakuje, robić! Wczorajszy dzień bezsilnej détresse [rozpacz, lęk-ES] mogę przezwyciężyć tylko pracą, bo oglądanie się na nastroje, sytuacje jest trudne bardzo. Moje oczy i Janina, brak pieniędzy w banku mam – 17000 c’est tout!”
Męczy go niepokój o finanse: 5000 ffr dał Janinie: za lipiec, sierpień i na zęby 1000 ffr. „Ona nieubezpieczona i ja tej sprawy nie załatwiłem” – wyrzuca sobie. Kilka stron dalej dyscyplinuje się i pisze: „Niepokój o pieniądze odłożyć. List do Kasi wysłać… Co było wczoraj: list dwukrotnie [do Kasi-ES] przepisany, histeryczny” .
Nie może zabrać się do malowania. Zapisuje więc w dzienniku swoje „jęki”. Wspomina śmierć Maryni (swojej siostry, która zmarła w 1981 r.), niepokojący stan zdrowia kolejnej siostry (Róży), a teraz umieranie Ariesowej…
„Żyć to samo życie, jakby między nic, kiedy już nic cię nie zmusza żyć. Malarstwo? Przeżycie w szpitalu amerykańskim. To jedno, to ostatnie, które jest przeciw bezwładowi, przeciw tęsknocie potrzebie bezwładu”
Przygotowuje się jednak do malowania. Odnotowuje, że niestety ma „chudy zapas farb”.
W dzienniku rozmawia ze sobą:
„Czy stać Cię jeszcze na zryw i pracę. Stać Cię, już musi stać. Nie masz innego wyjścia. Dosłownie innego wyjścia, bo przecież mnie nie stać na opłacenie nawet najtańszego domu starców.
A rok ubiegły (myślę zawsze rok szkolny) mnie po jakiemuś osłabił i zdegradował wewnętrznie. „Sukces owszem rozpaja” . A to był sukces. Moja książka w Polsce, poznanie Wojtka i ogromne moralne poparcie, które mi dał; zgasła we mnie ta bliska agnoisse [teatralność?] pracy, która jest moją „męką” […] Ale tak jest, w takich chwilach jak wczoraj i dziś, wyrwać się z jakiejś studni… Jeśli się nie uratuję, stanę się jeszcze jednym martwym ciężarem.
Jak daleko, jak strasznie daleko jestem od chwil w szpitalu amerykańskim, nawet od wewnętrznych chwil kontemplacji całego wieczoru i długich cieni na domach szarych kamiennych, […] pokoje u Tuty: z szarym rozwalonym fotelem, na tle innej rudej szarości łóżka, kanapy przykrytej pledem, delikatnego szarego brązu z nagłym światłem padającego promienia, który kant tego pleda zamieniał w złoto. I co z tego? Nic.
Jeżeli nie nałożysz na siebie ten kierat ten mus pracy. Nie tak dawno , jak tylko przepisałem tekst Jeana [Colin d’Amiens] , który mówi wszystko, że tylko przez groźną […], bo tak żądającą całego człowieka pracą, możesz to najrzadsze przeżycie próbować przekazać. Inaczej ginie na zawsze!”
W kolejne dni próbuje poderwać się do pracy, ale jednak ciągle „jęczy” w dzienniku. Jednak po tym, jak zapisał strony dziennika, w końcu nabrał energii i zapisał, że ma „chęć oderwać się, wyłączyć z pędu [ambicji]”.
I dalej:
„I tak teraz to czuję i wracam do pracy na siłę. […] Już w robocie (sam początek akwarela).[…] Dzień sobotni, akwarelowanie szpitala amerykańskiego niezłe, ale tak mało z lenistwa i niemocy. Pokusa urwać i nie pracować!”.
Odrywa się od pracy zasadniczej, czyli pracy nad „przeżyciem pierwotnym” ze szpitala amerykańskiego, bo w dzienniku pojawia się autoportret rysunkowy: Czy przenosi na rysunek ten moment, gdy pracuje nad szkicem do obrazu i widzi się w lustrze szafy, czy jednak to nadal „akwarelowanie” już wcześniej, w szpitalu zrobionych, szkiców? Szkicuje swoje odbicie w szybie szafy, którą malował w 1981 roku
„Jednocześnie (prawie) co dalsze już nie widzę, już jestem ślepy- skończone – ulga zaraz ulga i zaraz potem żal, że nie stać mnie na odczytanie tekstów o Kocie w Aneksie. Tak samo wykluczające się dwa przeżycia.
Niedziela. Kończyć z tą bezsiłą. Jakbym zupełnie stracił tę sprężynę, która każe żyć! I zmusza do życia! W imię czego? Po co? Naprawdę nacisk na świadomość przede wszystkim jest ważny i ma sens, jeżeli właśnie doprowadza do aktów woli. Świadomość mego w ostatnich dniach bezsilnego nieistnienia mam aż zanadto, ale wolę jakbym zupełnie stracił. Teraz mając coroczną trudność rozpoczęcia roboty „letniej” nie mogę się poderwać” .
Pokonał siebie, poderwał się do pracy.
4 lipca 1983 roku usiadł przed sztalugą w swoim pokoju w pensjonacie u Tuty i malował dwoje drzwi, kobietę. Malował na blejtramie pionowym o wymiarach 40×32 cm, zagruntowanym na biało. „Małe drzwi” jak nazywa to płócienko.
8 lipca wyjeżdża autem z Sailly do Paryża (z Inią Tyszkiewicz i Jackiem) na umówioną kolejną wizytę u okulisty. W Paryżu potworne upały. 32 stopnie w cieniu. Gdy wrócił wieczorem do Sailly i przyjrzał się temu, co miał na sztaludze, zanotował.
„Już dziś widzę to płócienko inaczej może „kotwicę” dla mojej pracy” .
Przez kolejne dni z uporem, z przerwami na „jęczenie” w dzienniku, ale jednak malował.
15 lipca 1983 roku w piątek do Sailly przyjechały: Katarzyna Skansberg, Elżbieta Łubieńska, Inia Tyszkiewicz. Odnotował, że na kolacji zostały: Kasia, Elżbieta.

Na zdjęciu od lewej: Kasia Skansberg, Verena Czapska, Józef Czapski, Elżbieta Łubieńska , Sailly, lipiec 1983. Kolekcja prywatna autorki.
W następnym tygodniu, w poniedziałek 17 lipca, przyjedzie Jurek Przewłocki (leci 9 godzin z Japonii), a na wtorek zapowiedzieli się Wajdowie. Czy będzie więc mógł malować?
Katarzyna Skansberg została do 18 lipca. Kasia, „która tu naprawdę odpoczywa” – zapisał w dzienniku. „Kasia i jej tłumaczenie wierszy łotewskiej poetki”.
W zapisach sierpniowych liczy szczęścia, które go właśnie spotkały w Sailly: Przyjazd Elżbiety, Jurka Przewłockiego. teksty Wojtka Karpińskiego, wiersze Herberta, przyjazd Kasi Skansberg i Iny Tyszkiewicz. Doznania szczęścia to także „Kasia i jej przepiękne wiersze łotewskie” – notuje kilka razy w dzienniku.
„Za dość na jeden miesiąc – wyjątkowy zupełnie” – zapisuje w dzienniku.
Wśród ludzi przez ten czas, choć oderwany od malowania, był przecież szczęśliwy. Nie jęczał, wróciła wola życia.
Słowo „szczęście” – ależ tak; przeżycie entuzjazmu i jakby powrotu do woli życia, które mnie opuściło, w tym wszystkim jeden błąd, wina, chwile prawdziwe malarskiego widzenia, niewyzyskane – świadczą o tym brudne, bezładne palety i pędzle!
I dodaje: „Jeszcze ciągle nie mogę się godzić, że ślepnę”. Wbrew oczom gasnącym, myślom niepokojącym – pracuje.
Do Wojtka Karpińskiego 30 sierpnia 1983 roku pisał o tym, co udało mu się w Sailly namalować :
„Ciągle miałem wątpliwości co do sensu mojej pracy. Czy jeszcze dalej pracować? A teraz mam przecie parę płócien, co do których mi się zdaje, że one istnieją.[…]
1.Malutkie i może najwięcej z niego jestem zadowolony. Dwoje białych drzwi na biało piaskowym tle ściany ze skrawkiem kobiety siedzącej na lewo – czerwony) Poczekalnia korytarzowa w Amerykańskim Szpitalu. Urzeczony byłem bielą prawie cytrynową tych drzwi!”
W dzienniku zaś zapisał:
„I znowu wracam do STOP. Te marzenia i prawie na skrzydłach, entuzjazmu, wrócić do 95% transpiration, od której uciekłem, poza malutkim płócienkiem, które malowałem w upał na granicy sił, z nagłym uczuciem porażki. To jedyne moje tu płótno.drzwi”.
To małe płócienko, te drzwi, które go zachwyciły, były jego „przeżyciem pierwotnym”, które udało mu się w morandowskiej wizji przenieść na płótno. Ten obrazek olejny to przykład, że „piękno jest wszędzie, trzeba tylko w ciszy patrzeć ” – jak zapisał Czapski.
Tego patrzenia w ciszy nauczył go właśnie GIORGIO MORANDI.
Na zdjęciu u góry: Detal obrazu Józefa Czapskiego w dzienniku zapisanym pod tytułami: „Małe białe drzwi” ; „Białe drzwi”. W publikacjach pojawia się pod tytułami: Poczekalnia, Salle d’attente, 1983, olej na płótnie, kolekcja prywatna.
Data publikacji: 24.09.2026 godz. 11.10
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego








